(opracowano na podstawie książki Henri Brunela "Budda i kwiat")

 

"Trzeba opróżnić filiżankę, zanim się ją napełni" rzecze mistrz herbaty. Zebrane w tej książce baśnie i opowieści zen z Japonii. Chin, Indii i Tybetu kryją w sobie myśl znacznie starszą niż chrześcijaństwo. Henri Brunel przystosował ją do naszej wrażliwości, biorąc na siebie rolę pośrednika między Wschodem i Zachodem. Z tego zadania wywiązał się znakomicie. W książce "Budda i kwiat" czytelnik znajdzie zarówno odmienne spojrzenie na świat, jak i bezcenną przyjemność czytania, jaką daje tylko dobra literatura. Szczególnie wtedy, gdy barwne, pełne humoru i czułości opowieści Henri Brunela ilustrują proste szczęście płynące z doświadczania życia. Za pomocą paradoksu i zaskoczenia, której jest mistrzem, autor odkrywa przed nami cudowność ukrytą w codzienności. Czy opowiada o przygodach dwóch wędrownych mnichów, czy o miłości tybetańskiej księżniczki, prowadzi nas do świata pełnego świeżości, jak dzieciństwo.

 

 

 

Wybrane baśnie i opowieści z książki "Budda o kwiat":

BUDDA I KWIAT (59):

Baśń indyjska

 

W owym czasie, w VI wieku przed naszą erą, Siddharta, zwany także Gautamą albo Siakjamunim, albo też Przebudzonym, Buddą, kończył osiemdziesiąt jeden lat. Od czasu, kiedy przemówił po raz pierwszy w parku Gazeli w Samath, nieopodal Benares, do tego dnia, kiedy usiadł pod drzewem figowym wiecznego powrotu, minęło sześć dziesiąt lat. Dzisiaj Budda jest stary.

"Późny wieku, oto jesteśmy - i nasz człowieczy krok, który wiedzie ku wyjściu. Plon zebrany, czas ziarno odwiać od plewy i oddać honor klepisku. (...) Wielki wieku, oto jesteśmy. Bierz miarę człowieczego serca!", wspaniale pisze Saint-John Perse.

Ale Budda...

Niezliczone dni w kurzu i błocie dróg. Zimą, latem. Dni bez końca spędzone na nauczaniu, modlitwie, cierpliwym odpowiadaniu na pytania uczniów... bez końca, bez końca. Tej nocy Budda, przyjąwszy zwyczajną pozycję kwiatu lotosu, pod figowcem, drzewem wiecznego powrotu, nie mówi nic. Każdy w niezmierzonej ciżbie przeczuwa, że szykuje się coś podniosłego. Błogosławiony opuści swoją śmiertelną powłokę. Błogosławiony odchodzi od swoich.

Wtedy wstaje Ananda, ulubiony uczeń.

- Mistrzu - mówi - oto sześćdziesiąt lat przemawiasz do nas, prowadzisz nas, wytłumacz nam teraz sens swojej nauki, zdradź nam swoją tajemnicę!

Budda, siedząc w pozycji lotosu, pod tarczą księżyca, milczy. Pełna napięcia cisza przedłuża się. Pięć tysięcy osób wstrzymuje oddech. Budda niezwykle powolnym gestem zrywa kwiat, zwyczajny polny kwiatek. Ujmuje go delikatnie kciukiem i palcem wskazującym i wolno obraca. Na jego twarzy pojawia się uśmiech. A wszyscy mężczyźni i wszystkie kobiety wydają z siebie westchnienie. Przebudzony, Budda, zamyka tym sposobem cykl swoich ponownych narodzin. Osiąga spokój wiecznego Atmy.

 

Anicca: niestałość, chwiejność. Wszystko rozmywa się, zamazuje, znika. Wszystkie kształty tracą ostrość, bledną niczym światło żarówek w blasku porannego słońca. Grać w grę życia, nie myląc ekranu z filmem, tego, co wieczne, z tym, co ulotne. Oto, co znaczy "żyć z wdziękiem".

 

SZLACHETNY SAMURAJ (21):

 

Pięknego letniego dnia szlachetny samuraj, łatwy do rozpoznania z uwago na charakterystyczny kok wojownika, metalowe ochranicze na przedramionach, czteroczęściowy gorset i dwa tradycyjne miecze, wchodzi zdecydowanym, lecz spokojnym krokiem do wiejskiej oberży. Mamy wiek XIV, znajdujemy się w jednej z wiosek rozległej wyspy Honsiu. Chmura owadów brzęczy w przegrzanym powietrzu.

********************

Szlachetny samuraj siada, zamawia potrawę z ryżu. Rozpina górną część gorsetu, ostrożnie i z szacunkiem odkłada obydwa miecze. Prócz niego nie ma innych podróżnych. Je, harmonijjnym gestem, precyzyjnie podnosząc pałeczki do ust. W tym momencie dają się słyszeć hałaśliwe głosy. Trzech roninów, bezpańskich1 rycerzy-włóczęgów, bardziej przypominających wprawdzie bandytów z gościńców niż autentycznych samurajów, wkracza do sali. Grubiańsko przywołują oberżystów, żądają sake i poszturchując się, zajmują miejsca. Ich miecze błyszczą. Nagle jeden zauważa milczącego samuraja, który siedzi pochylony nad misą, i dwa wspaniałe, leżące obok niego miecze. Daje znak towarzyszom. Włóczędzy wymieniają porozumiewawcze spojrzenia i naradzają się po cichu. Samuraj jest sam i niczego nie podejrzewa. Oberżysta, który nie jest wojownikiem, nie liczy się. Ich jest trzech. Kładą dłonie na rękojeściach swych mieczy, gotowi w każdej chwili do skoku. W tym momencie szlachetny samuraj podnosi lekceważąco pałeczkę, którą trzyma w prawej ręce i gestem tnącym i czystym, szybkim jak błyskawica: "Ciach, ciach, ciach!", zabija trzy muchy, które brzęczały mu koło uszu, po czym spokojnie wraca do jedzenia, nie podnosząc już głowy znad potrawy.

Trzej włóczędzy kładą trzy miedziaki na stole i w milczeniu opuszczają oberżę.

********************

Kiedy obdarzony mądrością adept zen wolny jest od pragnienia, próżności, strachu, kiedy jego "ja" uległo zatarciu, kiedy jest otwarty na nieskończoność Atmy wewnątrz siebie - wówczas może zwyciężyć bez miecza, bez szabli, bez walki.

 

1 Samurajowie składali przysięgę wierności panu feudalnemu, daymio. Po jego śmierci zaliczali się do klasy roninów, bezpańskich rycerzy, którzy często żyli w nędzy (przyp. tłum.).

 

 

 

CESARZ WYBIERA PIERWSZEGO MINISTRA (56):

Pewnego razu byłcesarz, który pragnął wybrać na Pierwszego Ministra najmądrzejszego, najbardziej roztropnego z poddanych. Po serii niełatwych prób ostało się w szrankach tylko trzech rywali:

- Oto ostatnia przeszkoda, końcowe wyzwanie - rzekł do nich cesarz. - Zostaniecie zamknięci w pomieszczeniu. Drzwi będą wyposażone w skomplikowany, masywny zamek. Pierwszy, który zdoła się wydostać, zostanie wybranym!

Dwóch kandydatów, którzy wielce byli uczeni, bez zwłoki zagłebiło się w trudne wyliczenia. Ustawiali w szeregi kolumny cyfr, kreślili zagmatwane szkice i niezrozumiałe schematy, Od czasu do czasu przerywali pracę, badali zamek z wyrazem głębokiego namysłu na twarzy i z ciężkim westchnieniem wracali do swych zadań.

Trzeci siedział na krześle i nie robił nic. Rozmyślał. Nagle wstał, podszedł do drzwi, przekręcił gałkę: drzwi ustąpiły, i wyszedł.

 

KSIĘŻNICZKA I ŻEBRAK (70):

Baśń tybetańska

 

Żyjemy na powierzchni istot i rzeczy. Bierzemy udział w pantomimie, odwracając głowę, aby nie widzieć śmierci, która krąży dokoła, która zaczaja się w cieniu. Nigdy w pełni bezpieczni mimo naszych zabawek dla dorosłych, naszych zajęć, przechodzący od daremnego oczekiwania na nietrwałe nasycenia, do błahych przyjemności.

Nadejdzie jednak taki dzień…

W tym nasza nadzieja: nasze małe życie roztopi się w wielkim Życiu. Wejdziemy do krainy Absolutu. Wykonamy niewyobrażalny skok. Odkryjemy, że jesteśmy nieśmiertelni. Zen pozwala nam konkretnie dotrzeć do tej wewnętrznej rzeczywistości. Pomaga nam odnaleźć „ukrytego Boga”, o którym mówią Ewangelie, odkryć w nas Nieskończoność. Zen we wszystkim dostrzega ukryte światło. I tak jest z pełną wdzięku księżniczką z tybetańskiej baśni, która dostrzegła miłość w twarzy czarnej od brudu, i z uroczym księciem w żebraczych łachmanach.

**************

Pewnego razu było w samym sercu Tybetu małe, maleńkie królestwo. Maciupeńkie. Król Ten-Sing miał żonę delikatną jak jedwab i trzy córki piękne jak dzień w rozkwicie. Księżniczki chodziły po kolei czerpać wodę ze srebrnego źródła położonego nieopodal pałacu.

Tego ranka Złoty Liść, najstarsza z księżniczek, przywdziała swą długą, tkaną ze złota suknię, założyła na czoło diamentową ozdobę, dźwignęła na ramię złoty dzban i wzięła do prawej dłoni złoty czerpak. Zbliżając się do źródła, dostrzegła żebraka całego w łachmanach, o twarzy czarnej i zabrudzonej, który leżał nad brzegiem wody. Księżniczka wykrzyknęła:

- Nędzarzu, jak śmiesz brukać swoją obecnością to święte źródło!

- O cudowna młoda dziewczyno, która błyszczysz jak złoto! Wspiąłem się na dziewięćdziesiąt dziewięć gór, szedłem długo w śniegu i chłodzie, i pod palącym słońcem pustyni, aby spotkać trzy najpiękniejsze na ziemi księżniczki. Czy to tu ich królestwo?

- Ty brudny wszarzu! A czy możesz zbierać gwiazdy na niebie? – odparła z ironią księżniczka. – Lepiej odejdź, zanim każę przegonić cię strażom mego ojca!

Żebrak odszedł, smutno zwieszając głowę.

Nazajutrz druga księżniczka, Nefrytowy Liść, przywdziała swą długą suknię z błękitnego jedwabiu, założyła turkusową kolię, dźwignęła na ramię dzban z niebieskiego nefrytu i przyczepiła do paska szmaragdowy czerpak. Tak przystrojona, poszła ona z kolei zaczerpnąć wody ze źródła. Spotkała żebraka leżącego na kryształowych schodach.

- Ooooch! – wykrzyknęła i zmarszczyła swój śliczny nosek w grymasie pogardy i obrzydzenia. – Co tutaj robi ten zarobaczony żebrak?!

- Litości! Promienna młoda dziewczyno, usłyszałem o królestwie Nawabodeng, gdzie żyją trzy księżniczki piękne jak dzień w rozkwicie. Przybyłem z mojego dalekiego kraju w nadziei na spotkanie z nimi. Pokonałem dziewięćdziesiąt dziewięć gór, przekroczyłem sto trzy potoki, cierpiałem głód i zimno…

- Jak śmiesz się do mnie odzywać, nędzny! – przerwała mu brutalnie nefrytowa księżniczka. – Czy możesz uszyć sobie ubranie w chmurach lub złowić księżyc w wodzie, aby uczynić zeń lustro? Odejdź, zanim każę wtrącić cię do lochu strażom mego ojca!

Nieszczęśnik odszedł ze spuszczoną głową.:

Trzeciego dnia najmłodsza księżniczka, Perłowy Liść, ubrała się, aby spełnić swą powinność przy źródle. Włożyła długą białą suknię i perłowy naszyjnik, dźwignęła na ramię dzban z ciemnozielonych muszli ślimaka i ujęła w dłoń czerpak wysadzany drobnymi muszelkami. Kiedy spostrzegła żebraka o czarnej twarzy, odzianego w łachmany, który leżał nieopodal srebrnego źródła, odezwała się cicho

- Młody człowieku biednie ubrany, jesteś chory czy pokonałeś jakiegoś potwora, a może jesteś ranny? Czy mogłabym ci pomóc?

Żebrak, słysząc te miłe słowa, poczuł jak świeża woda rozkosznie spływa na jego serce. Spojrzał na młodą dziewczynę. Była podobna do wróżki. Oczy błyszczały jej jak dwa diamenty, talia była giętka jak bambus, czarne włosy rozlewały się na ramionach niczym wody rzeki Jiqu na żyznych równinach, a jej twarz, o czystości białego kwiatu lotosu, zdradzała pełne dobroci serce.

- Szlachetna pani – rzekł – pochodzę z królestwa Sewacang. W młodości straciłem rodziców, a wyrocznia kazała mi wyruszyć na poszukiwanie królestwa, gdzie żyją trzy księżniczki tak piękne jak dzień w rozkwicie. Przeszedłem długą drogę, doznałem tysiąca niebezpieczeństw. Jestem zmęczony, mam zziębnięte stopy i nogi ciężkie jak kamień. Czy mógłbym w domu twego ojca znaleźć zajęcie jako służący albo stajenny?

Księżniczkę Perłowy Liść poruszyły pełne grzeczności słowa młodego człowieka. Wyjawiła mu, że jest jedną z trzech księżniczek i że wstawi się za nim u króla – swego ojca.

- Moja córko – powiedział król – mam już trzy tysiące dwustu stajennych, dlaczego pragniesz, bym zatrudnił brudnego i obdartego, nikomu nieznanego żebraka?

Młoda i łagodna księżniczka padła ojcu do stóp, trzy razy pokłoniła się czołem do samej ziemi, i tak go błagała:

- Ojcze uwielbiany, mam już piętnaście lat, nigdy cię o nic nie prosiłam, przyjmij, błagam, tego młodego człowieka bez dachu nad głową!

W tym momencie łagodnie wtrąciła się królowa Yiqicaixin, która miała naturę miękką niczym jedwab:

- Mój szlachetny mężu – rzekła – Perłowy Liść jest najbardziej posłuszną spośród naszych trzech córek, zgódź się na to, o co cię prosi, przez miłość do mnie.

Żebrak o czarnej twarzy został stajennym króla.

Czas płynął. Nowy stajenny wspaniale wywiązywał się ze swojego zadania. Udało mu się, grając na flecie, okiełznać czarnego ogiera, którego wszyscy się lękali. Pewnego dnia, gdy rozpętała się straszliwa burza, uratował w górach dzikie konie, które galopowały za nim równie posłusznie, co wody rzeki Yarlungzabo. Księżniczka Perłowy Liść często go odwiedzała. Przynosiła mu jęczmienne placki i pomagała parzyć herbatę. Zawiązała się między nimi głęboka przyjaźń.

Księżniczki Złoty Liść i Nefrytowy Liść zauważyły wybiegi ich siostry. Były oburzone:

- Przyjaźnić się ze stajennym o czarnej twarzy – jakaż to hańba dla naszej rodziny – mówiła Złoty Liść.

- Nasza siostra zawsze miała podły charakter, a to upodabnia ją do nędzarzy i sług – przytakiwała Nefrytowy Liść. – Chodźmy do ojca, niechże ukróci ten skandal!

Kiedy król Ten-Sing dowiedział się o złym prowadzeniu się najmłodszej z córek, wpadł w furię:

- Skoro kochasz żebraka o czarnej twarzy, zamknę cię razem z innymi niewolnikami! Wiedz, że pozwolę ci poślubić tego obdartusa, kiedy koniom wyrosną rogi, a kurom zęby!

- Ojcze – odrzekła zdecydowanie Perłowy Liść – od początku świata kaskady spływają z góry na dół, groszek wyrasta na strączkach, a pióra pawia są niebieskie, choć nikt ich nie barwił. Kocham żebraka, choć nikt nas z sobą nie związał.

A ponieważ król pozostawał niewzruszony, delikatna księżniczka zdjęła swą długą suknię z białego jedwabiu i niebieski jedwabny pasek i odpięła naszyjnik z pereł. Ubrała się w zniszczoną tunikę, opasała się rzemieniem ze skóry jaka i wzięła w dłonie kościany różaniec. Następnie dołączyła do niewolników w budynkach gospodarczych pałacu.

Królowa Yiqicaixin, miękka jak jedwab, nie mogła sprzeciwić się postanowieniom męża. Ale jej serce potajemnie krwawiło. Pewnego wieczoru udała się po kryjomu do stajni. Przyniosła ze sobą szkatułkę z kosztownościami, którą podarowała młodej parze.

- Moje dzieci – rzekła – mogę wam tylko podarować ten ubogi srebrny pierścień i naszyjnik z drobnych perełek. Weźcie je.

I odwracając się do żebraka o czarnej twarzy, dodała:

- Zabierz moją córkę do swojego kraju, pobierzcie się, bądźcie razem niczym masło i herbata. Błogosławię wam.

Żebrak upadł królowej do stóp, przyrzekł czuwać nad księżniczką Perłowym Liściem. Jeszcze tej samej nocy kochankowie ruszyli w drogę.

Wędrowali trzydzieści dni i trzydzieści nocy, śpiąc w jaskiniach, prosząc o odrobinę pożywienia przy drogach. W końcu dotarli do królestwa Sewacang. Perłowy Liść, nieprzywykła do takich trudów, była wyczerpana. Wtedy żebrak o czarnej twarzy powiedział:

- Moja ukochana, udam się wybadać sytuację i oznajmić o naszym przybyciu mojej siostrze, a ty podążysz drogą, którą wskazałem ci kijem.

- O, mój ukochany – rzekła księżniczka – prócz ciebie nie mam nikogo na tym świecie, nie opuszczaj mnie!

- Jesteś mi droższa od moich oczu, od złota ważącego tyle co moje ciało, zaufaj mi i podążaj drogą, którą narysowałem ci tu kijem.

Perłowy Liść sama ruszyła w dalszą drogę. Pytała wieśniaków, pasterzy:

- Czy nie widzieliście żebraka o czarnej twarzy, z kijem w ręce?

Każdy odpowiadał jej miło i grzecznie, a pewien starzec poczęstował ją winem z czarki o srebrzonych brzegach i rzekł:

- Spój, tam w dolinie, gdzie płynie rzeka Jiqu, leży nasza stolica, a na horyzoncie pałac królewski! Nasz książę, który podróżował przez trzy ostatnie lata, właśnie powrócił, i w całym kraju nastało radosne święto!

- Czy w tym kierunku udał się żebrak o czarnej twarzy?

- Tak – odpowiedział starzec. – Przechodził tędy wczoraj wieczorem.

Królewski pałac w Sewacang stał w całej swojej okazałości pomiędzy górami a rzeką. Od szczytu dachów aż do podnóża murów migotał złotem i drogimi kamieniami. W pobliżu świętowały krowy, barany i konie. Nawet. Nawet niebieskie pawie, drozdy i kukułki śpiewały i tańczyły z radości. Księżniczka nie mogła się temu nadziwić.

- Nasz sławny książę powrócił! I całe królestwo ogarnęła radość! – powiedzieli jej mijani ludzie.

Księżniczka, podążając wciąż drogą wskazaną kijem, dotarła do wrót pałacu. Zapukała.

- Czego tu szukasz? – zapytały straże.

- Żebraka o czarnej twarzy, gdyż to tutaj zaprowadziła mnie droga wskazana kijem.

- Wejdź, księżniczko Perłowy Liściu – odpowiedzieli straży, skłaniając się.

Nieśmiała księżniczka, zaskoczona takim przyjęciem, weszła na pałacowy dziedziniec.

Oczekiwało na nią ośmiu służących odzianych w stroje z białego lnu, którzy poprowadzili ją przez długie korytarze aż do rozświetlonej sali; spostrzegła tam kobietę o wyjątkowej urodzie.

- Jestem księżniczką Guisangwangumu, która włada tym królestwem, witam cię, moja droga siostro Perłowy Liściu, a oto mój brat, książę Gangsondundan.

Perłowy Liść aż krzyknęła. Pod uniesionym kirem, jej oczom ukazał się żebrak o czarnej twarzy. Postąpił kilka kroków, trzykrotnie obmył twarz w srebrnej miednicy wypełnionej mlekiem. Wtedy jego oblicze rozbłysło niczym wschodzące słońce. Był tak piękny, tak wspaniały, że księżniczka Perłowy Liść zamarła ze zdumienia, zachwytu i miłości.

Potem wzięli ślub, mieli dużo dzieci i żyli długo i szczęśliwie.

 

 

 

GOBUKI I SMOK (9)

Wszystkie kraje, wszystkie kultury opowiadają, każda na swój sposób, tę samą historię o bohaterze i smoku. To mityczna walka Dobra ze Złem, młodość i odwaga pokonujące straszliwe monstrum, Sprawiedliwość zwyciężająca Potwora. Teraz z kolei zen podejmuje ten wiekowy temat. Ujmuje go jednak inaczej.

*****************

Pewnego razu był sobie młodzieniec biedny, lecz dobrze zbudowany, który słynął z brawury. W tamtych czasach żyło w górach coś w rodzaju smoka, potwór, który zatrzymywał na drodze zdjętych trwogą podróżnych. Wieczorem wieśniacy opowiadali o jego przerażających postępkach. Nikt nie wiedział, jak potwór wygląda, jako że nikt nie wrócił z gór żywy. Gobuki oświadczył, że pójdzie na spotkanie z bestią. Usiłowano mu to wyperswadować, dziewczyna, która go kochała, płakała, zarzucając mu ręce na szyję, jednak nic nie osłabiło jego determinacji ani odwagi. Najbardziej roztropni wieśniacy dostarczyli mu broń: kij i widły. Władca tej krainy dorzucił włocznię i miecz, a pewien żołnierz - ciężką pikę. Tak wyekwipowany Gobuki ruszył sam w góry. Szedł przez trzy dni, w końcu rankiem czwartego dnia zjawił się sam przed wejściem do pieczary, w której żył potwór. Ten wkrótce wyszedł, złorzecząc i ziejąc ogniem. Wyglądał straszliwie. Ale Gobuki stał przed nim śmiało i nie cofnął się ani o krok.

Trwali tak przez kilka chwil, przyglądając się sobie. Czas jakby uległ zawieszeniu, w oczekiwaniu na tragedię. W końcu potwór zawołał:

- Dlaczego nie uciekasz jak inni?

- Nie boję się ciebie - odparł Gobuki.

- Zaraz cię pożrę! - ryknęło monstrum.

- Jak chcesz; zobacz, składam tu na ziemi broń: kij, widły, włócznię, miecz i ciężką pikę żołnierza, Wiem, że mnie nie tkniesz.

- Ale właściwie dlaczego się mnie nie przeraziłeś? - zapytał zdumiony potwór.

- Ja jestem Atma, jestem Rzeczywistością Uniwersalną, jestem tym. Jeśli mnie pożresz, to znaczy, że jesteś szalony, gdyż pożresz samego siebie. Stanowimy jedno. Ale proszę bardzo, jeśli chcesz to zrobić, jestem do twojej dyspozycji.

Oszołomiony potwór zagrzmiał:

- Nie rozumiem nic z tego, co mówisz, ale z tobą wszystko staje się zbyt skomplikowane. Inni uciekają, krzycząc ze strachu, ja ich ścigam, zabijam, pożeram. Wszystko jest proste. A tutaj nie wiem już nawet, co miałbym robić. Dlatego wolę się powstrzymać, myślę, że mój żołądek nie wytrzymałby kogoś takiego jak ty. Proszę cię, zabierz broń i odejdź stąd!

I wycofał się, odrażający i strapiony, z powrotem do swej pieczary.

 

BYK I STO WOZÓW Z KAMIENIAMI

Baśń indyjska

 

Legena głosi, że Sakjamuni, Budda, w jednym z poprzednich wcieleń przybrał postać niedużego cielaka. Traktowany miło i z uczuciem przez swego pana, szlachetnego bramina, byczek wyrósł na silnego, łagodnego byka. Pragnął wynagrodzić świętego człowieka i objawił mu się we śnie.

- Panie - rzekł z szacunkiem - zaproponuj zakład swojemu sąsiadowi, bogatemu kupcowi. Zapewnij go, że byłbym w stanie pociągnąć sto wozów wypełnionych kamieniami. Załóż się z nim o tysiąc sztuk złota!

Szlachetny bramin wierzyłw sny. Odnalazł bogatego kupca i przedstawił mu zakład. Sąsiad uznał, że święty człowiek jest albo prostakiem, albo szaleńcem. Był jednak chciwy i pozbawiony skrupułów, więc zgodził się, drwiąc skrycie z naiwności poczciwca.

Wybranego dnia bramin kazał wypełnić sto wozów kamieniami. Zaprzągł byka i chwycił za wodze. Był niespokojny. Zaangażował w ten zakład cały swój majątek; krzyknął teraz:

- Ciągnij, ciągnij, nawet gdybyś miał umrzeć z wysiłku, postawiłem tysiąc sztuk złota, a nie jestem bogaty! Ciągnij! - ryczał i okrutnie smagał zwierzę batem.

Byk napinał mięśnie swoich mocnych barków, ale wydawał się przykuty do ziemi, a wozy nie drgnęły.

- Przeklęty eunuchu! Każę poderżnąć ci gardło i rzucę twoje ścierwo sępom na pożarcie!

Nic to nei pomogło. Sto wozów nie poruszyło się ani o cal. Bramin przegrał zakład. Dał tysiąc sztuk złota kupcowi, który otwarcie z niego szydził. Zrujnowany i pełen wstydu, wszedł do domu i usnął, pogrążony w smutku.

Jeszcze tej nocy byk przyśnił mu się na nowo. I tak przemówił:

- Łagodność, dobroć i miłe słowo są skuteczniejsze niż wyzwiska i razy. Odwołaj się do współczucia, które masz w głębi serca, a wygrasz zakład. Rzuć jeszcze raz wyzwanie i tym razem zapropozuj twojemu sąsiadowi dwa tysiące sztuk złota!

Przebudziwszy się nazajutrz, bramin przypomniał sobie sen. "Z pewnością się ośmieszęm myślał, ale jestem zrujnowany i nie mam już  nic do stracenia.Zresztą, czemu nie spróbować tego zakładu...". Kupiec wysłuchał go, nie wierząc własnym uszom. "Ten święty człowiek naprawdę jest wyjątkowo głupi, pomyślał, ale tym gorzej dla niego! Dwa tysiące sztuk złota nigdy nie chodzą piechotą!"

I przyjął zakład.

Umówionego dnia załadowano sto wozów ciężkimi kamieniami. Kupiec sprawdził skrupulatnie, czy wszystkie są pełne po brzegi. Byk wyraźnie był wdobrej formie. Wokół szyi miał girlandę z kwiatów, a z samego rana nakarmiono go wonnym ryżem. Kiedy dano sygnał do startu, bramin szepnął mu do ucha:

- Byku, mój przyjacielu, mój drogi Nida-Vasalam zawsze dobrze cię traktowałem od szczęśliwego dnia twoich narodzin. Karmiłem cię dobrą kaszą, pielęgnowałem, chroniłem, podczas gdy ty byłeś tylko małym cielaczkiem na chwiejnych nogach. To dlatego, że mam dla ciebie wiele przywiązania, moje serce pełne jest współczucia i miłośc dla twoich braci...

To powiedziawszy, bramin wdrapał się na pierwszy wóz, lekko klasnął językiem, a byk tytanicznym wysiłkiem... ruszył z miejsca sto wozów i pociągnał je na odległość dwunastu metrów.

************************

Współczucie, życzliwa miłość, otwarcie na bolączki drugiego, to najpiękniejsze ze wszystkich cnót. Mają "charakter magiczny", jak twierdzi dalajlama. Niemowlę, któremu nazbyt brakuje "mleka czułości ludzkiej", umiera od tego. Żadna nauka nie przynosi owoców bez zrozumienia, cierpliwości, uczucia. Także umierający potrzebuje. by potrzymano go za rękę. Jesteśmy zwierzętami społecznymi, zależymy jedni od drugich, potrzebujemy ich życzliwości, przyjaźni. Kiedy spacerując po moim miasteczku, napotkam wrogie albo obojętne oblicze, ciemna chmura przesłania mi dzień. Uśmiecham się do wszystkich, wszystkim oferuję moją cichą miłość, nawet tym, którzy odwracają się do mnie plecami. Współczucie jest bowiem cnotą, która wywołuje oddźwięk. Dobro, które czyni drugiemu, zwraca się nam stokrotnie. Współczucie, mówi zen, to skrót do szczęścia. Ale raczej posłuchajcie tej historii...

 


Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież